Homo laborans - pokolenie Z kontra rynek pracy
- Asia Srebnik (Kalinowska)
- 30 sie 2024
- 12 minut(y) czytania

Źródło: archiwum własne.
Ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że kiedy spotykam się ze znajomymi, rozmowa w pewnym momencie praktycznie zawsze schodzi na jeden tor - dyskutujemy o życiu zawodowym. Wielu moich rówieśników obroniło lub obroni w tym roku pracę magisterską. Niektórzy postawili już pierwsze kroki na rynku pracy, inni dopiero rozglądają się za pierwszą posadą. Temat kariery, choć jest już wystarczająco gorący, z przyjemnością wrzucę na ruszt w dzisiejszym poście.
Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie przeprowadziłam badań na szeroką skalę, by móc uogólniać swoje twierdzenia na całą populację. Nie jestem specjalistką od rynku pracy. Jestem też ostatnią osobą, która na podstawie kilku znanych sobie przypadków formułowałaby jakiekolwiek wnioski. To, co dziś przeczytacie, to jedynie MOJE spostrzeżenia, dotyczące MOJEGO otoczenia. Jako reprezentantka świata nauki in spe muszę to podkreślić, ponieważ po naszej planecie nadal chodzi zbyt wiele osób, które brutalnie generalizują - nie chcę, żebyście mnie z nimi kojarzyli.
Oczywiście, jest wielu młodych ludzi, których życie zawodowe kwitnie i zanosi się, że będzie jeszcze lepiej. W dzisiejszym poście skupię się jednak na pozostałych - tych, których rynek pracy nie rozpieszcza. Dla ułatwienia zdefiniuję w tym miejscu, kogo mam na myśli, pisząc o "osobach z mojego pokolenia", "Zetkach" i "pokoleniu Z" - osobiście odwołuję się tu zawsze do klasyfikacji, z której korzystałam pisząc pracę licencjacką; wrzuca ona do wyżej wymienionej kategorii wszystkich urodzonych po 1995 roku (Peszko, K. (2016). Popularność mediów społecznościowych wśród różnych generacji. Marketing i Zarządzanie, 45(4), 361-370.), a przed 2010 rokiem Stunża, G. D. (2016). Edukacja wersja beta. Pokolenie Z i pokolenie Alfa a kompetencje uczestnictwa w kulturze. Kultura popularna, 50(04), 86-94.). Należy jednak pamiętać, że widełki wiekowe mają tutaj dużo mniejsze znaczenie, niż mentalność - można mieć dwadzieścia lat i być mentalnym milenialsem, można też mieć lat pięćdziesiąt i mówić w języku Zetek.
ZATRZYMAJCIE RYNEK PRACY, JA WYSIADAM!
Byłam na pierwszym roku studiów, gdy nastała pandemia. Na trzecim, gdy wybuchła wojna na Ukrainie. Oba te wydarzenia miały znaczący wpływ na rynek pracy. Dużo mówi się o planowaniu kariery już na etapie edukacji w szkole podstawowej i uwierzcie mi, że ogromna część znanych mi osób niemalże od przedszkola wiedziała, co chce robić w życiu. Niestety, w obliczu tak szybkich zmian w kraju i na świecie kierunki studiów, które wybraliśmy, a także zawody, w których zaczęliśmy zdobywać doświadczenie, okazały się niewypałem. Nie sposób przewidzieć przyszłości, a także nadążyć za zawodowymi trendami. Dokształcanie się trwa, zdobywanie uprawnień również.
Podam Wam przykład: gdy szłam na studia z zarządzania zasobami ludzkimi, w Warszawie i Łodzi, do której się później przeprowadziłam, było mnóstwo ofert pracy dla stażystów - płatnych ofert! Byłam wtedy jeszcze nieopierzonym pisklakiem, ale udało mi się dostać swoją pierwszą szansę na zabłyśnięcie w branży. Z roku na rok - uwierzcie mi, śledziłam strony z ogłoszeniami dość sumiennie - liczba propozycji sukcesywnie malała. Na kilku ostatnich rozmowach kwalifikacyjnych dowiedziałam się, że masa doświadczonych HR-owców straciła na przestrzeni ostatniego roku posady.
Dlaczego tak się dzieje? Rekruterzy z firm z branży IT tracą zatrudnienie, ponieważ firmy nie mają środków na nowe projekty, a co za tym idzie - nie szukają specjalistów. Owszem, w sieci natraficie na masę ofert pracy dotyczących profesji, o której mowa, lecz mają one pewien wspólny mianownik - znajomość języka ukraińskiego lub rosyjskiego. Doświadczenie i wykształcenie kierunkowe to sprawa drugorzędna - język stał się priorytetem. Czy jest sens się go uczyć? Szczerze wątpię i obstawiam, że pociąg zmian zatrzyma się niebawem na kolejnej, zaskakującej stacji.

Źródło: Pexels.
PRZELOTNE ZAWODOWE ROMANSE
Pokolenie naszych rodziców funkcjonowało w większości wedle dość prostego schematu. Szło się na przykład do zawodówki, by wyuczyć się konkretnej profesji i wykonywać ją po kres swych dni. Ci, którzy mieli zadatki i możliwość, rozpoczynali studia, po studiach dostawali się na staże (często bezpłatne), a później dostawali umowy i pracują u swego pierwszego chlebodawcy po dziś dzień. Nikt nie zastanawiał się nad jakimś wellbeingiem, szukaniem bardziej rozwojowych ofert i tym podobnym grymaszeniem.
O pokoleniu Z mówi się, że nigdzie nie potrafimy zagrzać miejsca na stałe. Że wiecznie nam mało. Że jesteśmy niepoważni, nieodpowiedzialni i wiecznie liczymy na miękkie lądowanie na garnuszku rodziców. Tymczasem my nie zawsze z własnej woli skaczemy z zawodowego kwiatka na kwiatek. Niekiedy pracodawcy traktują nas jak dziewczynę na jedną noc - a raczej na jeden sezon. Możemy się starać, mieć moc pomysłów, chodzić jak w zegarku, a na końcu odpadamy z gry, bo przychodzą magiczne, brutalne "cięcia" i trzeba pozbyć się "świeżaków", bo przecież nie pani Marylki, która od dziesięciu lat nie umie i nie chce nauczyć się obsługi Excela. Punkt drugi - starsi koledzy i koleżanki niekiedy celowo pozbywają się nas, wyczuwając zbyt duże zagrożenie. Czasami sami odchodzimy, bo zbyt cenimy sobie swoje zdrowie psychiczne, by trwać jak wierny pies przy psychopatach, którzy stosują wobec nas ewidentny mobbing. Powodów jest wiele, ale łatwiej powiedzieć, że tym młodym dzisiaj to nic się nie chce.
IGNORANTIA IURIS NOCET

Źródło: Pexels.
Gdybym miała powiedzieć, czego moim zdaniem nie wyniosłam ze szkoły, a powinnam była wynieść, byłyby to chociażby informacje o rodzajach umów i o tym, jak się w ogóle odnaleźć w zawodowym życiu. Niestety, poszłam na studia jako całkiem fajna, mądra dziewczyna, która dostała szóstkę z testu, bo nauczyła się na pamięć Kordiana, a zadania z geometrii analitycznej rozwiązywała z niemałą finezją, ale gdy pierwszy raz usłyszałam "B2B", byłam pewna, że chodzi o jakąś wyjątkowo obrzydliwą chorobę weneryczną.
Studia z zarządzania zasobami ludzkimi dały mi jakąś podstawową wiedzę na temat moich obowiązków, ale także i praw jako pracownika. Kiedyś i ja byłam trochę bardziej naiwna, za to dzisiaj złoszczę się, gdy słucham o przejściach osób z mojego pokolenia. Pracodawcy nadal rzucają studentom i absolwentom umowy zlecenia, zakładając, że będziemy radować się jak durni na ich widok. Sama cieszyłam się ze zleceniówek, bo potrzebowałam elastyczności godzinowej w swoich studenckich czasach, no i kasa była większa. I to jest w porządku, dopóki nie okazuje się, że pod zleceniem kryje się stosunek pracy, pracodawca wymaga obecności w konkretnym miejscu i godzinach, a o wolne trzeba błagać.
Wielu moich znajomych miałoby łatwiejsze życie, gdyby znali różnice między typami umów, gdyby nie dali się wpakować w raczkujące i wysoce podejrzane startupy, gdyby wyzbyli się sentymentów w stosunku do pracodawców, którzy wobec nich takowych nie mieli. Niektórzy byli w szoku, gdy z dnia na dzień musieli pożegnać się z pracą i zostali na lodzie. Niestety, nieznajomość prawa szkodzi, dlatego dokształcajmy się, by nie dawać zatrudniającym przestrzeni do nadużyć.
KONKURS NA PIĘKNĄ GADKĘ

Źródło: Unsplash.
Z jednym się zgodzę: praca nie jest dla Zetek sensem życia. Mamy swoje hobby i przyjaciół, mamy więcej możliwości, niż starsze pokolenia. Pracujemy, by żyć, nie odwrotnie. Czasami na rozmowach kwalifikacyjnych mam wrażenie, że rekruterzy zadając pytanie, dlaczego aplikowałam na tę ofertę, dlaczego akurat to stanowisko, oczekują ode mnie jakiegoś romantycznego wywodu okraszonego deklaracją gotowości do poświęceń. Odpowiedź wydaje mi się natomiast prosta: LUBIĘ JEŚĆ I MIEĆ DACH NAD GŁOWĄ. Serio, czy to nie jest oczywiste?
Powiedzmy sobie szczerze, ludzie poszukujący pracy wysyłają nawet kilkaset aplikacji na różne stanowiska, które są jakkolwiek związane z ich wykształceniem lub dotychczasowym doświadczeniem. Czy zawsze musi stać za tym jakieś poczucie misji albo ambitna wizja własnej ścieżki kariery? Przez takie pytania wytworzyłam sobie na przestrzeni kilku lat ze dwadzieścia różnych osobowości, z których każda ma oryginalna historię i motywy działania...
Każdemu życzę, by spełniał się jak najbardziej w swojej pracy, ale myślę, że wielu z moich rówieśników zgodziłoby się z tym, że nie dążą w życiu do zrobienia jakiejś konkretnej kariery, a jeśli już, to bardziej dla pieniędzy, niż swojej bądź cudzej wizji. Mam nadzieję, że rozmowy rekrutacyjne przestaną kiedyś być konkursem wciskania kitów o ambicjach i powołaniu, bo nie sztuką jest pięknie kłamać, a stanowczo zbyt wielu "wizjonerów" na ładne oczy wygryza z naborów osoby naprawdę kompetentne, które nie chcą bądź nie umieją się sprzedać.
BYĆ KOBIETĄ...

Źródło: archiwum własne.
Temat rzeka. Kobieta to największe zło na rynku pracy. Młoda pewnie zajdzie w ciążę - nie zatrudniamy. Mężatka z jednym dzieckiem - nie zatrudniamy, bo pewnie będzie chciała drugie. Kobieta po czterdziestce, z odchowanymi dziećmi - nie zatrudniamy, przecież nie ma żadnego doświadczenia! To jest jakieś fatalne, błędne koło. Jeśli już dziewczyna znajdzie pracę i nie daj Boże musi iść na zwolnienie w ciąży, choć chętnie pracowałaby do porodu, wchodzi ZUS - cały na biało - i wszczyna postępowanie, próbując ustalić, czy przypadkiem nie był to fikcyjny stosunek pracy, służący wyłudzeniu zasiłku.
Naprawdę rozumiem, że dla pracodawcy kobieta w wieku rozrodczym to pewne ryzyko, jednak żyjemy w społeczeństwie, a już to jest ryzykiem samym w sobie. Dzieci muszą się rodzić, bo kiedyś zestarzejemy się i będziemy potrzebować nowych, młodych lekarzy, prawników, księgowych, sprzedawców z warzywniaka. Płeć żeńską poddaje się w kontekście rynku pracy nieustannemu linczowi. Ciąża tak, ale najlepiej wtedy, kiedy szefowi będzie odpowiadało, zajdzie koniunkcja Wenus z Saturnem, a babka będzie już grubo po pięćdziesiątce, w trakcie menopauzy. Nie ma w tym żadnej logiki, zwłaszcza że w dzisiejszych czasach nie tak łatwo jest spłodzić potomka i dotrwać bez komplikacji do rozwiązania, z związku z czym dokładne zaplanowanie swojej przyszłości w tym kontekście jest raczej niemożliwe.
Nie jest też dobrze, gdy kobieta nie pracuje, bo jak to tak - utrzymanka? Co ona sobie myśli? Co się stanie, gdy facet ją porzuci? Kura domowa bez ambicji...Tak zwane bezdzietne lambadziary o statusie singielki to już w ogóle mają przerąbane, bo nie mogą liczyć na wsparcie finansowe ze strony drugiej połówki,a pracodawcy boją się także ich jak ognia, nawet jeśli deklarują nienawiść do tak zwanych kaszojadów.
Myślę, że wiele kobiet w zdrowej, niewymagającej przebywania na zwolnieniu ciąży chętnie pracowałoby do dnia porodu, a także wracałoby do pracy już w pierwszych miesiącach życia dziecka, gdyby spełniały się w swoim zawodzie i mogły liczyć na wsparcie pracodawcy. Osobiście - choć cieszę się z mojej nowej roli - nie mogę doczekać się powrotu na rynek pracy. Powiedzmy sobie szczerze: zasiłek to nie pensja, no i chyba każdy kiedyś w końcu ma dość pieluszek, kaszek i klocków. Demonizowanie żłobków, opiekunek i wciskanie do głów młodym matkom, że popełniają zbrodnię, chcąc realizować się zawodowo, to nadal aktualny trend. Pracujemy - dramat; nie pracujemy - masakra; i tak źle, i tak niedobrze; nie dziwię się moim rówieśnicom, że dostają zawrotów głowy, próbując połapać się w tym wszystkim.
STRYJECZNY WUJ SZWAGRA MEGO DRUGIEGO MĘŻA

Posiadanie tak zwanych znajomości zawsze było, jest i będzie dużym plusem. Oczywiście wszyscy chcielibyśmy, żeby świat był sprawiedliwy, ale nie jest - odpowiednie kontakty potrafią ogromnie pomóc w "ustawieniu się" na rynku pracy. Nie wszyscy jednak je mają, nie wszyscy ich posiadacze chcą też korzystać ze wsparcia - wolą dojść do sukcesu samodzielnie, choćby miało to trwać wieki.
Myślę, że w przypadku prywatnych pracodawców nie ma nic złego w takim polecaniu osób do pracy przez już zatrudnionych, ponieważ ręczą oni za kompetencje, uczciwość i lojalność potencjalnego pracownika. Jednocześnie powinniśmy stać na straży tego, by obsadzanie stanowisk finansowanych ze środków publicznych pozostało wolne od nepotyzmu i kumoterstwa.
Wielu moich rówieśników, którzy mieli trudności ze znalezieniem pracy, skorzystało finalnie z posiadanych kontaktów. Ci, którzy szukają samodzielnie, w większości aplikują miesiącami - zwykle zresztą bezskutecznie. Pozostaje im wierzyć w łut szczęścia...
NAJWIĘKSZA LOTERIA ŚWIATA, CZYLI PROCES REKRUTACYJNY

Źródło: Media z Wix.
O negatywnych doświadczeniach związanych z procesami rekrutacyjnymi moich i ludzi z mojego otoczenia mogłabym napisać książkę. Punkt pierwszy: ogłoszenia wołające o pomstę do nieba. Te po polsku napisane przez osoby, które w polski zupełnie "nie umieją"; te po angielsku, w których mowa o wymaganej znajomości języka na poziomie C1, a w których roi się od błędów i literówek. Teksty o owocowych czwartkach, które powinny być karalne. W punkcie "Oferujemy" łaskawa informacja, że zatrudniony będzie otrzymywać wynagrodzenie na czas (brzmi jak podstawowy obowiązek pracodawcy, ale co ja tam wiem).
Bardzo podoba mi się, gdy słyszę, że osoby rekrutowane na stanowiska programistów otrzymują konkretny feedback, gdy nie zostają przyjęte: zabrakło tego, warto popracować nad tamtym, to było na plus. Niestety, wiele osób może o czymś takim jedynie pomarzyć. Aplikują, dochodzą do ostatniego etapu, by finalnie otrzymać wymijającą informację, że wybrany został inny kandydat. Zachodzą później w głowę, czego im zabrakło, a czasami może chodzić po prostu o to, że nie przypadło się potencjalnemu menedżerowi do gustu, "nie zaiskrzyło" - nie wiem, co tym myślicie, ale dla mnie taka informacja byłaby jak najbardziej w porządku, bo przynajmniej nie snułabym domysłów o powodzie odrzucenia mojej kandydatury, a jak najbardziej rozumiem, że kierownik dobiera sobie zespół tak, by dobrze mu się z nim pracowało.
Uwielbiam teksty o tym, że "zatrudniono kogoś z większym doświadczeniem", szczególnie w momencie, gdy rekrutacja odbywa się na stanowisko stażysty, a w ogłoszeniu widnieje informacja, że nie trzeba posiadać doświadczenia, bo bardziej od niego liczą się X, Y, Z. Znacie pewnie żarty o posiadaniu dwudziestu lat doświadczenia w wieku dwudziestu lat - niestety, realia są takie, że wielu kandydatów odpada, bo na przykład w CV mają krótszy o miesiąc od osoby zatrudnionej staż, tymczasem osoba ta później w ogóle się nie sprawdza, a w ogóle to wychodzi na jaw, że ona w swojej poprzedniej pracy parzyła tylko kawę, zaś za ambitną nazwą jej byłego stanowiska nie stoją żadne zdobyte umiejętności. Świat byłby piękniejszy, gdyby istniały dni próbne, tak by kandydat mógł się naprawdę wykazać i dać poznać, a także gdyby stosowano Assessment Center, o którym zwykle mówi się jedynie w teorii, niemniej jest to raczej nierealne z uwagi na koszty, które musiałaby ponieść firma.
Sytuacja wielu młodych osób wygląda aktualnie tak, że jeśli ktoś nie zdążył zatrudnić się na stałe lub zdobyć jakiegoś przydatnego doświadczenia zawodowego przed pandemią, to ma teraz spory problem, by wejść na rynek pracy. Ofert stażowych i juniorskich jest coraz mniej, nawet dla programistów, na których chyba powoli mija boom. Doświadczeni specjaliści tracą pracę i przebranżawiają się nieustannie, co więc dopiero mówić o "świeżakach"...
MURARZ-TYNKARZ-AKROBATA ZA PENSJĘ GŁODOWĄ

Źródło: archiwum własne.
Gdy widzę kolejny artykuł o tym, jakie pokolenie Z jest roszczeniowe, robi mi się niedobrze. Z jednej strony mówi się nam, że wymagamy zbyt wiele, że na start chcielibyśmy zarabiać nie wiadomo ile, z drugiej zaś słuchamy od starszych o tym, że niepotrzebnie ładujemy komuś w tyłek kasę, wynajmując mieszkania. Aby wziąć kredyt i następnie go spłacać potrzebne są jednak konkretne zarobki. Wujek Stefan powie, że on to na studiach wyjeżdżał latem do Niemiec na szparagi i stąd miał na wkład własny, ale zauważcie, że duża część studentów w dzisiejszych czasach pracuje choćby dorywczo w ciągu roku akademickiego, by móc się utrzymać - nie mogą tak po prostu porzucić swojego zajęcia latem. Nie mając szans na dorobienie się za granicą, chcąc za to spełnić oczekiwania społeczeństwa wobec nas i jakoś urządzić się w życiu, poszukujemy lepiej płatnych stanowisk i...słyszymy, że w czterech literach nam się poprzewracało.
Pracodawcy najchętniej zwerbowaliby absolwenta trzech kierunków, ze znajomością sześciu języków obcych, ale gdy znajduje się taka osoba, w dodatku mająca nawet przyzwoite, pierwsze doświadczenie i przychodzi do tematu zarobków, oferuje jej się jakieś grosze, bo przecież to jeszcze gówniarz. Takie podejście zatrudniających zniechęca do poszerzania kompetencji, zdobywania uprawnień oraz ogólnie jakiegokolwiek wysiłku. Osobiście uważam, iż to żenujące, kiedy od stażysty czy juniora wymaga się na przykład, by biegle znał w mowie i piśmie angielski biznesowy, podczas gdy później okazuje się, że jego menadżer ledwie duka na spotkaniach z zagranicznymi klientami i wszystkie lingwistyczne zadania zrzuca na "młodego".
Nie jesteśmy roszczeniowi, my po prostu staramy się zarobić na chleb i mieszkanie, by nie mieszkać latami u rodziców (za co też się nas krytykuje). Ci, którzy mówią, że kiedyś to były trudne czasy, a teraz młodzi po prostu nie potrafią zarządzać pieniędzmi, powinni wejść w buty Zetek i przekonać się, jak jest naprawdę. Każe pokolenie ma swoje wyzwania...Wystarczy spojrzeć na ceny wynajmu czy żywności w większych miastach, do których młodzi migrują, by znaleźć jakąkolwiek pracę (w mniejszych miejscowościach jest z tym jeszcze trudniej). Za dokształcanie się też nieustannie płacimy i musimy mieć na nie pieniądze - dla przykładu, do niedawna psychologowie nie musieli mieć przygotowania pedagogicznego, ja natomiast jako tegoroczna absolwentka muszę dodatkowo półtora roku kształcić się i wyłożyć niezłą sumkę tylko po to, by móc później pracować w szkole za grosze.
Ostatnio widziałam gdzieś ogłoszenie na stanowisko specjalisty ds. HR, gdzie od potencjalnego pracownika wymagano prowadzenia całych kadr i płac, zajęcia się działką szkoleniową, projektami rekrutacyjnymi i dodatkowo EB, a to wszystko za jakieś nędzne sześć tysięcy brutto, w dużym mieście! Pomijając to, że ten biedny niewolnik musiałby chyba 24/7 spędzać w pracy, wypadałoby jakoś godziwie wynagrodzić trud kogoś, kto wykonuje pracę dla kilku osób. W to, o czym piszę, wspaniale wpisuje się akcja, o której ostatnio wspomniano na Facebookowym profilu "Mordor na Domaniewskiej" - odsyłam zainteresowanych do wpisu o kontrowersyjnej ofercie pracy: https://www.facebook.com/share/QVCDUn24uELuFW28/.
JAK ŻYĆ?

Źródło: Unsplash.
No, ale żeby Ci, dziecino, nie było żal, napiszę także o tym, jak radzić sobie na rynku pracy w takich niesprzyjających okolicznościach, bo w założeniu ten blog miał być nie o smuteczkach, ale o robieniu lemoniady z tych cytryn, które daje nam życie. Podrzucam więc poniżej garstkę pomysłów od cioci dobrej rady dla osób z mojego pokolenia :)
Jeśli nie masz dzieci i zobowiązań typu kredyt, możesz liczyć na wsparcie rodziców i już długo nie udaje Ci się znaleźć pracy, przemyśl założenie własnego biznesu. Nie będzie to łatwe, ale szkoda stać w miejscu kilka lat, a przecież równolegle nadal możesz aplikować na pożądane stanowiska.
Przekształcaj CV "pod ofertę" - aplikując na stanowiska HR-owe, opisuję w CV szczegółowo swój zakres obowiązków przy każdym punkcie związanym z doświadczeniem zawodowym, natomiast nie robię tego, gdy zgłaszam się na stanowisko psychologa; tutaj skupiam się raczej na wyróżnieniu działań związanych z pracą z ludźmi, np. wolontariatów i projektów społecznych. Zwróć uwagę na umiejętności, których szuka pracodawca i spraw, by te z nich, które posiadasz, rzucały się w oczy. To pracochłonne, ale moim zdaniem warte zachodu.
Nie ograniczaj się do jednego portalu i wyłącznie biernego aplikowania. Pytaj, ogłaszaj sie na Facebookowych grupach dla poszukujących pracy, przeglądaj zakładki "Kariera" firm w swoim mieście. Czasami posada, którą z łatwością moglibyśmy zdobyć, oferowana jest w mniej oczywistym dla nas miejscu, np. na stronie urzędu i mijamy się z nią z powodu niewiedzy.
Przygotuj się na ustępstwa. Nie jest tak, że jak postanowisz sobie, że od września idziesz do pracy na pełen etat, dostaniesz UoP, no i będziesz działać w trybie hybrydowym, to tak właśnie będzie. Owszem, możesz mieć szczęście, ale zwykle na początku trzeba coś poświęcić - albo marzenia o wysokich zarobkach, albo elastyczność godzinową, albo wizję pracy zdalnej lub pięknego biura. Ten punkt kieruję do osób o zerowym lub niewielkim doświadczeniu zawodowym, a także tych, które mają sporą konkurencję.
Otwórz się na nowe możliwości i inną ścieżkę, niż ta, która żyje w Twojej głowie - odsiej te obszary, w których absolutnie nie chcesz pracować i szukaj w pozostałych; nie skupiaj się na jednym, konkretnym stanowisku. Być może za jakiś czas przyjdzie dobry moment na szukanie zatrudnienia w zawodzie, o którym marzysz od dziecka; teraz nie trać czasu, bo pracy sobie sam spod ziemi nie wytrzaśniesz. Kryzys to kryzys - przetrwają go tylko ci elastyczni i otwarci na doświadczenia.
Nie bierz sobie do siebie porażek. Być może przypominałeś pani Anetce jej byłego i dlatego nie chciała Cię zatrudnić. Może wypadłaś naprawdę świetnie, ale rekruter uznał, że możesz nie poradzić sobie z wrednym zespołem, do którego chciał Cię zwerbować i wolał Ci tego oszczędzić. Trzeba zacisnąć zęby i być pewnym siebie. Każdy, kto wszedł choć na chwilę do świata korporacji wie, że za niezwykle mądrymi słowami, small talkami, marynarkami i ołówkowymi spódnicami, które budzą taki respekt, kryją się zwykli ludzie, często obarczeni ogromnymi problemami i zakompleksieni, a arcyważni faceci i babeczki w biurze spędzają ogrom czasu na pogaduszkach przy kawce. Trzeba myśleć o sobie jako o wartościowym człowieku, który jeszcze nie znalazł się po prostu w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.
Dorzucilibyście coś do tej listy? A może macie jakieś doświadczenia/przemyślenia w kontekście rynku pracy? Zapraszam do dyskusji nie tylko Zetki, ale także przedstawicieli starszych pokoleń :)
Jak rozpaczliwie szukałem pracy w technikum w 2005 roku to bezrobocie w PL było na poziomie 20% : ) te rekrutacje zawsze były nieprzyjemne, bo kandydatów jest od groma. Przede wszystkim trzeba się liczyć z wynagrodzeniem - zarabiałęm 0zł przez pół roku i 500zł/mc kolejne pół roku. I za to dostaje się experience. Efekty cierpliwości widać już po 5 latach :P. A tak serio to trzeba robić inaczej niż wszyscy, zamiast kończyć popularny kierunek wraz z 300 innych osób w kraju i błagać w korpo, lepiej iść szkolić się rzemieślniczo, ratownik medyczny, stolarz, pielęgniarka, szef kuchni. A no i macie lepiej xD bo połowa waszych rówieśników (konkurencji) jest w dużej liczbie uzależniona od substancji psychoaktywnych, leków psychotropowych i telefonów. Ja…